Tajne archiwa dotyczące UFO. Do Szczecinka też przylecieli?
W Historycznym Czwartku nieco dziś „odlecimy”. Skoro USA mają bogatą dokumentację dotyczącą domniemanych wizyt kosmitów, sprawdzamy czy koście z innych planet nie zawitali i do Szczecinka...
Władze Stanów Zjednoczonych ujawniły właśnie porcję materiałów związanych z niewyjaśnionymi zjawiskami na niebie i domniemanymi kontaktami z istotami pozaziemskimi. Okazuje się jednak, że również okolice Szczecinka mają własną opowieść z pogranicza lokalnej legendy, sensacji i ufologii. Jedna z najgłośniejszych historii pochodzi z 2003 roku i dotyczy mieszkańca Wierzchowa, który miał spotkać niezwykłe postacie na wiadukcie kolejowym przy ulicy Koszalińskiej.
Wszystko zaczęło się latem 2003 roku. Najpierw w Marcelinie, niedaleko Szczecinka, zauważono nietypowy ślad na łące. Trawa w jednym miejscu wyglądała na wypaloną, choć wewnątrz okręgu rosła wyjątkowo bujnie. Uszkodzone miały być także pobliskie klony. Niedługo później na polu przy wjeździe do Szczecinka od strony Koszalina pojawiły się kręgi w zbożu. Niektórzy dopatrywali się w nich śladów po lądowaniu statków Obcych. Większość mieszkańców traktowała jednak sprawę z dystansem, uznając ją za wakacyjną ciekawostkę, żart albo typową „kaczkę dziennikarską” sezonu ogórkowego.
Sytuacja nabrała innego wymiaru, gdy pojawił się świadek, który twierdził, że nie tylko widział przybyszów, ale miał z nimi bezpośredni kontakt. Według jego relacji do spotkania doszło 11 sierpnia 2003 roku. Mężczyzna pracował wtedy jako kierowca w jednej ze szczecineckich firm. Jak zwykle wyjechał do pracy bardzo wcześnie rano. Gdy zbliżał się do Szczecinka i wyjechał zza zakrętu, dostrzegł na początku wiaduktu trzy stojące sylwetki.
Było jeszcze przed wschodem słońca, więc panował półmrok. Dopiero po podjechaniu bliżej miał zorientować się, że nie są to zwyczajni przechodnie. Postacie, jak opisywał, były ubrane w jasne, srebrzyste kombinezony z matowego materiału, wyglądające jak jednolity strój. Na plecach miały coś przypominającego butle tlenowe, a na głowach urządzenia podobne do hełmofonów. Na piersiach znajdowały się niewielkie aparaty z migającymi światełkami, określane przez świadka jako „komputerki”. Ich wzrost szacował na około 175–180 centymetrów.
Początkowo kierowca sądził, że może ma do czynienia z pilotami albo astronautami, którzy awaryjnie wylądowali w pobliżu. Po chwili jednak, jak twierdził, dotarło do niego, że stojące przed nim istoty nie są ludźmi. Mimo strachu zatrzymał samochód, włączył światła awaryjne i uchylił szybę. Wtedy jedna z postaci, którą w myślach uznał za przywódcę, miała podejść do auta. Świadek wspominał, że trzymał się kurczowo kierownicy. Obcy pochylił się w jego stronę, a z lampy umieszczonej na hełmie miał paść silny błysk. Mężczyzna twierdził, że zobaczył wtedy wszystkie kolory tęczy i usłyszał w głowie pytanie, czy rozumie przekaz.
Gdy potwierdził skinieniem głowy, istota miała polecić mu wysiąść z samochodu. Dalsza rozmowa, według relacji świadka, odbywała się telepatycznie już na jezdni. Przybysz interesował się ubraniem mężczyzny — pytał, z czego wykonany jest pasek do spodni oraz bluza. Następnie uwagę Obcego przyciągnął samochód. Kierowca otworzył maskę i próbował wytłumaczyć, jak działa pojazd oraz że napędzany jest paliwem wydobywanym z ziemi. Na zakończenie spotkania kosmiczny gość miał przekazać ostrzeżenie: ludzie powinni chronić powietrze i wodę, bo w przeciwnym razie Ziemi grozi katastrofa.
Po tej rozmowie trzy postacie miały unieść się w powietrze z delikatnym świstem i odlecieć nisko nad ziemią w stronę statku stojącego kilkaset metrów od wiaduktu. Świadek twierdził, że wcześniej widział go tylko kątem oka, ale dopiero wtedy mógł mu się dokładniej przyjrzeć. Opisywał obiekt jako klasyczny latający spodek — dysk o średnicy około 50 metrów, wsparty na trzech podporach. W połowie konstrukcji miał znajdować się pierścień, a nad nim trzy rzędy podłużnych świateł.
Gdy Obcy dotarli do pojazdu, miał otworzyć się właz, z którego wydobyła się jasna poświata. Cała trójka weszła w światło i została wciągnięta do środka, niczym windą. Po chwili statek, otoczony mgłą, uniósł się najpierw na około 50 metrów, potem jeszcze wyżej, a następnie bezgłośnie wystrzelił pod lekkim skosem w kierunku Czarnego.
Według relacji świadka - jego odręczne rysunki zamieszczamy jako ilustrację - całe zdarzenie trwało około piętnastu minut. Do dziś historia ta pozostaje jedną z najbardziej niezwykłych opowieści o UFO związanych z okolicami Szczecinka — przez jednych traktowana jako lokalna legenda i ciekawostka, przez innych jako zagadka, która nigdy nie doczekała się jednoznacznego wyjaśnienia.

